Wracamy do domu…

Poranek w Tunisie rozpoczął Muezzin nawołując wiernych do porannej modlitwy. Dla mnie jak i większości uczestników wczorajszej zabawy było to straszne przeżycie, które wyrwało nas z głębokiego snu. Chyba tylko siłą woli zwlokłem się z łózka i zacząłem dzień od regenerującego prysznica. Kiedy obudziłem się na tyle, że mogłem normalnie chodzić przyszedł czas na śniadanie. Jakże cieszyłem się wówczas, że tutejsza kuchnia jest na europejską modłę – jajecznica była już nieomal zapomnianym smakiem, który przywrócił mnie do życia.

Po śniadaniu ponownie poszedłem zwiedzać Tunis, już na własną rękę. Właściwie odpowiedniejszym określeniem było pożegnać Tunis. Znów wąskie i gwarne uliczki zrobiły na mnie wrażenie (na pustyni nie było zbyt gwarno) i znów byłem pod wrażeniem tempa w jakim żyją tu ludzie. Można pomyśleć, że pojęcie czasu nie ma dla nich znaczenia – bo wszystko robią z odpowiadającą tylko sobie prędkością. To miłe móc stać między dużą grupą ludzi, wśród których nikt się nie spieszy, a tylko zajmuje samym sobą.

Po jakimś czasie dostałem wiadomość, że powoli należy się zbierać. Wróciłem więc do hotelu, by zabrać sprawdzić jeszcze raz, czy wszystko spakowałem i zszedłem na wspólny pożegnalny obiad. Razem z całą grupą, opaleni i zadowolenia z wyjazdu zjedliśmy ze smakiem zaserwowane nam tradycyjny (o dziwo!) tunezyjski obiad z Harrisą – pastą ostrą i piekącą jak sama Sahara, ale bardzo smaczną!

Po obiedzie wszyscy wsiedliśmy do aut, żegnając się z miejscowymi, które zabrały nas w kierunku promu. Wyjechaliśmy tą samą trasą mijając bramę Bab Bhar, która jeszcze kilka dni temu witała nas w Afryce. Na pożegnanie usłyszeliśmy śpiew Muezzina, które tym razm juz nam wcale nie przeszkadzało.

Zapakowaliśmy się na prom, którym wracaliśmy do Włoch. Tam znów w auta terenowe i podobną trasą do Warszawy. Może tym razem zobaczę pół Europy… chociaż ważniejszy chyba będzie jak najszybszy powrót do Tunezji, bo autentycznie się w tym kraju zakochałem.