Podróż morska łatwa nie jest…

Po pierwszych kilometrach dowiedziałem się, jak tak na prawdę wygląda “choroba morska”. Znana mi do tej pory jedynie z filmów przypadłość dopadła kolegę z kajuty obok. Całą noc właściwie nie słyszałem nic innego jak odgłos jego walki z samym sobą w toalecie. Jaki byłem szczęśliwy, że taka tragedia nie pomyliła drzwi i nie zapukała do mnie. Jednak odgłosy zmusiły mnie to tymczasowego opuszczenia wcale wygodnej pryczy (tak ją tylko nazywałem, w zasadzie było to niezłe łóżko)

Widok na Morze Śródziemne z samego jego środka robi wrażenie. Piękny kolor, fale i czysta woda. Jednak było na nim trochę jakby…pusto. Postanowiłem więc poszukać towarzystwa, lub chociaż jakiegoś barku. Jak się okazało, większość turystów z Polski o dziwo przyszedł ten sam pomysł do głowy… W końcu 24 godziny (kolejne!) w podróży, w dodatku na pełnym morzu musiało zmusić nas do spotkania się przy kontuarze. Szybko się sobie przedstawiliśmy i po kilku kolejkach “integracji” bawiliśmy się już w najlepsze.

Jak się po chwili okazało, z promie był niewielki parkiet, na którym można było popróbwać swoich tanecznych umiejętności i zmierzyć się z nieśmiałością. Nieskromnie powiem, że byłem prowodyrem tanecznej imprezy na naszym “Tytaniku” jak szybko ochrzciliśmy nasz prom. Oczywiście nie obyło się przy nadawaniu nazwy bez tłuczenia szkła – nie był to poprawdzie szampan a zwykłe kieliszki w liczbie 3 sztuk, a samo tłuczenie nie było celowe – ale barman nie był na nas bardzo obrażony. Zwłaszcza, że wszystko odbyło się podczas piruetu pewnego słusznej postury mężczyzny z północnej części Polski.

Reszta podróży upłynęła nam na tańcach, zabawie i odpoczynku po tej wyczerpującej integracji. Do kajuty dotarłem dość późno i “uwaliłem się na pryczy” (cytując klasyczną szantę – bo czułem się już jak prawdziwy wilk morski zaprawiony przednim rumem). Szybko zasnąłem, zupełnie nie zwracając uwagi na wciąż cierpiącego sąsiada. Teraz nawet gdybym zaczął chrapać najgłośniej na świecie czułem się rozgrzeszony.

Obudziłem się, kiedy już zawijaliśmy do tunezyjskiego portu. Przez okno kabiny zauważyłem małą motorową łódź pełną tubylców. W pierwszej chwili przestraszyłem się, że to somalijscy piraci, jednak dość szybko (powiedzmy relatywnie szybko, zważywszy na przeżycie ostatniej nocy) przypomniałem sobie, że do Somali to jednak mamy spory kawałek drogi. Okazało się, że to miejscowi handlarze pływający raz w jedną raz w drugą stronę, którzy są zupełnie niegroźni a oznaczają dotarcie do celu podróży. Szybko spakowałem swoje rzeczy i wyszedłem na pokład. Około godziny później postawiłem pierwszy krok na afrykańskim lądzie. Dotarliśmy do celu!

Szybko przepakowaliśmy się w samochody, które miały zabrać nas do stolicy kraju – Tunisu i zarazem naszej bazy na te wakacje.