Ciąg dalszy długiej wędrówki.

Wybudzeni po nocy pod gwiazdami byliśmy “prawie” wypoczęci, bo jednak spanie bez łóżek nie należało do najwygodniejszych. Wiedzieliśmy, że właśnie dlatego czeka nas trudny dzień, a w dodatku słońce paliło niemiłosiernie od samego świtu. A przed nami cały dzień off-roadowego szaleństwa!

Kolejne kilometry po nierównościach i trudnych trasach przez pustynie mijały przez następne godziny. Gdy tylko mogliśmy na chwilę się zatrzymać każdy od razu wyskakiwał z auta, żeby chociaż przez chwilę rozprostować nogi. Mimo trudnych tras i generalnej niewygody, muszę przyznać, że jazda była świetna! Mieliśmy jeden dłuższy postój, ponieważ jedna z terenówek wpadła w niewielką wydmę i zakopała się w niej niefortunnie. Na szczęście nikomu nic się nie stało, a akcję wydobycia wykonaliśmy własnymi siłami (a raczej siłami innych samochodów).

Wieczorem dojechaliśmy do naszej mety – oazy Ksar Ghilane. Tam każdy z radością oddał się kąpielom w gorących źródłach o magicznych właściwościach regeneracyjnych – była to niezwykle miła odmiana po dwóch dniach rajdu samochodowego (bo czuliśmy się jak prawdziwi uczestnicy rajdu Dakar) więc każdy bez wyjątku rzucił się w kierunku źródeł.

Po kąpieli czekała nas kolejna niespodzianka – tym razem mimo nocowania pod gołym niebem nie było swojskiego ogniska. Czekała na nas impreza z tradycyjną muzyką berberyjską i tańcami. Bawiliśmy się do bardzo późnych godzin nocnych, świętując pokonanie tej wyjątkowej trasy.

Gdy muzyka ucichła zaczęliśmy się rozchodzić do namiotów, w których nauczeni “doświadczeniem” szczelnie i ciepło się okryliśmy i zapadliśmy w błogim śnie. Za kilka godzin miał zacząć się kolejny poranek, który miał być dla nas nie lada wyzwaniem… ale to dopiero jutro.